|
Popisy polskich piłkarzy w ostatnich tygodniach ranią kibicowską duszę. Ot, czas mordobicia nastał solennego, gdzie się człowiek nie obejrzy, w ryj łapie. Taka masochistyczna karuzela, tu dostaniesz, obróci cię i zaraz ktoś nada pędu kolejnym soczystym plaszczakiem wymierzonym w twarz.
Nie mówmy już o tych potyczkach przegranych z chłopcami, którzy grają w piłkę w przerwach między pasieniem owiec. Szkoda języka strzępić co do wyczynów z tymi, którzy są z natury szybsi, bo trzeba być szybkim, żeby lew nie dogonił.
Ligi Mistrzów uchylają czasami wrót maluczkim, ale bez przesady, są pewne konwenanse w tym towarzystwie, są spójne zasady, że jeśli chcesz z nami pograć, to umiej chociaż trochę. Piłkarskie salony łatwiej zdobywają ci, którzy jeszcze paręnaście lat temu mogli co najwyżej pisać listy do Mikołaja o skórzane buty. My buty skórzane mamy dostępne od dawna, lecz zamiast w nich biec i przemyślnie kopać piłkę truchtamy w miejscu, robimy skip A i zaraz po nim skip B, naczelną polską zasadę szkoleniową.
Polski piłkarz, taki ekstraklasowy, życie ma bajeczne. Upraszczając: pobiega, pokopie, naje się witamin i skasuje między parę a parędziesiąt klocków na łapę. Generalnie jest w tym sporo sodowych bąbelków, są tacy, co gniewają się na trenera i nie wejdą z ławki, bo to potwarz. Mniej więcej podobnie ubrani, podobnie się noszący, i tu już nie musi być ekstraklasowo, bo piłkarza bez względu na ligę zawsze rozpoznasz. Po gestach, po włosach, po chodzie przetrąconym pełnym ni to bólu, ni to zmęczenia. Różnica taka, że im dalej w las, tym wieś większa, podszyta klepaniem po plecach przez wąsatych trenerów, kumpli z bloku, rodziców. Sami też się motywują, w swoim sosie czują się najlepiej i najlepiej żeby nikt od nich nic nie chciał, żeby tak móc tylko przyjść potrenować, pokopać, poklepać się z ziomblami na odnowie, rzucić fajne teksty dla kurażu i humoru i sprawdzać co miesiąc konto. Ci z najwyższej półki oczywiście w katalogu porad doraźnych w dziale „wsparcie” mają bardziej wysublimowane bodźce, trochę większą pajdę grosza, słowo od papieża związku i świty jego biskupów, zdjęcie w gazecie, które wisi nad łóżkiem u pierwszego trenera z trampkarzy i w gablocie swojej podstawówce. Czasem niechcący ktoś zmusi do wywiadu w prasie i są to perły dla rozmaitych Miodków i Bralczyków, że takie konstrukcje da się w ogóle z tego języka utworzyć.
Inna bajka to polska młodzież piłkarska, chyba jeszcze lepsza niż starzy. Nie tak dawno jeden synek na treningu juniorów Arki rzucił do trenera, że jest, cytuję: pierdolnięty. Lat temu paręnaście zebrałby parę liści – od kolegów z zespołu, od trenera i od rodziców. I mógłby w piłkę pograć pod blokiem albo na Fifa na konsoli, gdyby wtedy istniała. Dziś jest tak, że synek ów dalej sobie gra. Młodzi piłkarze w zespołach są generalnie mistrzami świata, tylko głupi ludzie dookoła nie poznali się jeszcze na ich geniuszu. Kiedyś było tak, że jak młodzian wchodził do pierwszego zespołu, musiał wpierw nosić piłki, bramki, sprzęt do autobusu, a jak mu się udało kilka razy błysnąć i dostał się na ławę, był wniebowzięty, to była ogromna nobilitacja. Inny kosmos. Zero pokory.
Polski piłkarz jest trochę jak polski kierowca. Ten drugi zawsze powie o złych drogach, bezsensownych ograniczeniach, głupich znakach, ale z drugiej strony uważa się za świetnego kierowcę, mistrza kierownicy i nigdy nie ma zastrzeżeń do tego, jak jeździ.
Ten pierwszy też znajdzie zawsze wymówkę, nie powie, wybaczcie, jesteśmy leniami, jesteśmy Beckhamami co już nic nie muszą udowadniać. Nie zostanie po treningu strzelić 50 rzutów wolnych, nie ma samokrytyki, że czegoś mi brakuje, że może spróbuję poprawić to sam. Raz, że środowisko nie sprzyja (co ty słaby jesteś albo zbyt gorliwy), dwa że skoro pielęgnuje się swój wyimaginowany splendor, to nie można nic poprawiać, bo byłoby to zaprzeczeniem własnego. pełnego jestestwa.
Druga strona medalu to ci, co tym kręcą, wierchuszka, która jak diabeł święconej wody boi się jakiejkolwiek nowości, no chyba że ją wymyślą przy kominku rodzime ikony, choć raczej są to lekkie poprawki myśli szkoleniowej sprzed lat 25. Lekkie, bo przecież wtedy się sprawdzały. Mistrz z wąsem stwierdził ostatnio, że on wiedział dawno, że tak będzie, jak to dzisiaj wygląda. Ot, prorok się znalazł, profeta, Cyganka spod PKS. Pytanie, co ten chłop robi w tym miejscu, w którym pracuje? A może wyznaje zasadę z teorii tragedii w starożytnej Grecji, że od fatum nie ma ucieczki i jak człowiek próbuje uciec, tym bardziej do destruktywnego końca się zbliża? Czyli, kij tam, Grzesiek polej bo i tak nic z tego nie będzie?
W końcówce środowego meczu z Kamerunem wieczorną ciszę na ulicy Zielonogórskiej w Nowej Soli przerwał soczysty łoskot. Nie upadła to butelka z szampanem otworzonym na świętowanie glorii i chwały polskiej drużyny narodowej. Ot, niepotwierdzone na 100 procent informacje wskazują, że jeden z nieokreślonych bliżej kibiców w akcie negacji pierwszego sortu polskiej piłki otworzył okno i posłał telewizor na bruk. Załączam zdjęcie. I dla mnie byłaby to akcja tego wieczoru. Wykonawcy gratuluję.
A może nawet nie wiemy, że to wszystko ma tak właśnie być? Że polska piłka ma jakiś profit od sprzedawców sprzętu rtv? Że była jakaś rozmowa kuluarowa, że: chłopaki, telewizory nam nie schodzą ostatnio, pograjcie jakiś pasztet, zaczną wyrzucać telewizory, to nowe będą musieli kupić? Wy zarobicie, my zarobimy a emocje rozejdą się z czasem po kościach?
Pozostaje czekać chyba na koniec tej akcji, tej negatywnej promocji, że jak już wypróżnią się magazyny z plazm, elcedeków i innych, to wtedy będzie telefon – dobra grajcie normalnie, i wtedy zaczną grać, jak umieją naprawdę, że pokażą i grą swoją powiedzą nam, że to był taki podsyf, mrugnięcie okiem, chwyt marketingowy.
I wtedy wszyscy w nowych telewizorach będziemy oglądać jak leją wszystkich, po kolei: Hiszpanów, Holendrów, Brazylijczyków, Niemców, Argentyńczyków, po kolei, jak są tam oni w rankingu FIFA i pierwszy remis będzie dopiero wtedy, kiedy w meczu nr 56 zagramy z polską reprezentacją młodzieżową i wtedy będzie remis.
Marek Grzelka
|