Reklama

Biuletyn Informacji Publicznej

logo_bip

Rzecz o kobrze z myszką PDF Drukuj Email
Wpisany przez Marek Grzelka   
wtorek, 13 lipca 2010 19:12

Kopia_z_LOGO_KOBRA_Z_MYSZKPomysł, by pogrzebać w archiwach sądowych urodził mi się dosyć dawno. Długo nie wiedziałem, jak to ugryźć, od czego w sumie zacząć, do kogo się zwrócić o udostępnienie akt spraw sprzed lat pięćdziesięciu. W końcu jakoś wszystko poszło tak, że wyszło.

Pierwsza wizyta w sądzie zaczęła się od zejścia do piwnicy, lawirowania pośród półek akt porosłych kurzem. Zależało mi na tych sprawach najstarszych. Bo przed oczyma duszy mojej widziałem na pół romantyczne historie kryminalne sprzed półwiecza w mieście portowym Nowa Sól. Kilka znałem ze słyszenia, mam szczęście mieć takich znajomych starej daty, którzy że tak powiem w tych kwestiach byli na froncie, z różnych jego stron.

Jak to wygląda? Chudsze, grubsze tomiszcza opisane odręcznie z wierzchu, w środku cała dokumentacja, zeznania świadków, paragony diet dla tych, którzy konwojowali aresztanta, spisy przedmiotów skradzionych. Sentencje wyroków, nawet prośby ze szpitali psychiatrycznych o zwrot kosztów za badanie takich, co symulowali wariactwo. Niektóre notatki sporządzone z braku laku na... niemieckich arkuszach kartek na chleb. Czasem zdjęcia.

Kiedy już te tomiszcza miałem w rękach, kiedy usiadłem nad nimi, przeniosłem się do innego świata. Z góry zakładałem, że nie będę szukał jakichś ociekających krwią historii, zależało mi na sprawach zwykłych, bliskich życia. I nie zapomnę pierwszego tomu, gdzie nadziałem się na historię jeźdźca Apokalipsy na skuterze, który po serii pięćdziesiątek z grubego szkła i dolewce wina padł w Nowej Soli w szorstkie objęcia patrolu. I jak milicjantami oraz narodem pojechał.

Niby rzecz zwykła, od złapali chłopa, co jechał po pijaku. Ale realia magiczne. Archaiczne nazwy, genialna składnia zeznań, świadomość, że niby miejsca te same, ale jednak kompletnie inna rzeczywistość. A z drugiej strony refleksja po iluś tam przejrzanych tomach, że ludzie nie zmieniają się zbytnio. Że są w stanie robić rzeczy niedozwolone by się wzbogacić, że oszukują, kombinują, kłamią. Że często namiętności wywodzą nas na manowce. Że refleksja przychodzi zbyt późno.

Nie ma spraw nudnych, nieciekawych, za każdą jest człowiek i jego uczynek, żywa choć przeszła rzeczywistość. Bywają opisy, które po prostu bawią, jak choćby pan Janek co się z nieswoją kasą puścił w Polsce i o mało nie zastrzelili go w Krakowie, kiedy po grubej lufie próbował dostać się do samochodu, który w pijackim widzie uznał za taksówkę,a z balkonu właściciel auta mierzył doń już z myśliwskiej dubeltówki. Albo rzecz o dziewczynach, co popiły, puściły się w miasto rowerami i tak jechały, że nie mogła ich ominąć karetka, która gdzieś tam spieszyła. Albo samozwaniec lekarz, który dodatkowo posiadał znaczne ilości kokainy, a był to rok dopiero 1949... Ale trzeba też pamiętać, że sam fakt, że te osoby znalazły się w aktach, świadczy o ich dużych kłopotach, ich smutku, poważnym zawirowaniu w życiu.

I bywają też sytuacje dotyczące mnie bezpośrednio, kiedy w aktach z roku 1960 widzę rubryce „oficer dochodzeniowy” imię i nazwisko mojego dziadka, jego odręczne pismo. I myślę o tym, że był to czas, kiedy mój dziadek był mniej więcej w moim wieku, mój ojciec był kilkulatkiem, mnie nie było nawet w mgławicy jeszcze i ta refleksja nad przemijaniem jest tyleż smutna, co i ciepła.

Na razie dwie historie z przeszłości poszły w wersji drukowanej, można je będzie czytać w internecie w zakładce Nowa Sóll/Historia. Niemniej, życzę miłej lektury, wycieczki w czasie.

Marek Grzelka

Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

Zmieniony: sobota, 17 lipca 2010 10:55