| W kosmosie, w Iłowie |
|
|
|
| Wpisany przez Marek Grzelka |
| czwartek, 27 maja 2010 13:25 |
|
Jest jednak kategoria osobna. Mowa o standardzie każdego boiska, każdego piłkarskiego widowiska. O muzyce przed meczem. Wiadomo, oczekiwanie na pierwszy gwizdek trzeba czymś wypełnić. Od zamierzchłych, przedpotopowych praktycznie czasów, bo od końcówki lat 70. pamiętam, że muzyka na stadionie zawsze była. Że oczekiwaniu na mecz towarzyszyły utwory gładkie, lekkie, popularne, skoczne. Rzekłbym przebojowe, choć zawsze nie te z najnowszych, lecz przykryte nieco mysim futrem. Stare dobre przeboje, szlagiery magiczne, pulsujące rytmem żywym, żadnych lirycznych gniotów, żadnych egzystencjalnych westchnień. Bo muzyka stadionowa musi być jak deska – gładka i prosta. Stąd te stadionowe hity to przeważnie dla czułego ucha bywają potworną męczarnią. Czasem poszczególne drużyny same sobie preparują zestaw piosenek na rozgrzewkę, ale wtedy mogą pojawić się elementy alienacyjne, powodujące zamknięcie się w sobie, bo wybrana piosenka musi mieć znaczenie, musi budzić jakieś uczucie. A jak którego np.: akurat rzuciła dziewczyna, to podepnie materiał wspomnieniowy, rozklei się i zamiast walczyć na boisku, będzie łkał tęsknie. Tak czy siak, ta stadionowa muza jest wszędzie pokrewna, dosyć jałowa. Przyznam, były miejsca na trzecioligowej mapie na wskroś muzycznie egzotyczne. Bo na Śląsku muzyka musiała być tubylcza, jak kapela (uwaga, wchodzisz na własne ryzyko!!!) Szpajza czy Bajery, Śląskie Szwagry tudzież inne Szlagier Maszyny. Ale to, to już głęboki hardcore, to są rzeczy nie do ogarnięcia, to jest inny świat z rozpadlin, z których wyszli ludzie potocznie zwani górnikami. Przyznam, analiza muzyki stadionowej jest formą hobby, kiedy bywam gościnnie na stadionach. Hobby to polega na tym, żeby w prywatnym rankingu odnotować, gdzie były najbardziej wieśniackie kawałki. Gdzie w III lidze nadal łupie się disco-polo, gdzie puszcza się kawałki dansingowe dla emerytów tańczących dwa na jeden na zabawie „wstęp tylko od lat 60”, gdzie szefem kaseciaka albo discmana jest wąsaty pan Heniek, a gdzie jest oko, na jakim stadionie siedzi łebski gość od radiowęzła i puszcza coś z charakterem. Nie ma się co oszukiwać. Generalnie muzyka stadionowa to reprezentacja panów Heńków albo tych, którzy swoją przyszłość ukierunkowują na bycie podobnym panem Heńkiem. Ot łup łup hejże hola, gładko, bez zadry, jakieś Roberty Zombie Gawlińskie, Ofiary Dary Losu, Feele różne oraz obcokrajowsko-zagraniczna muzyka soczysta, gdzie dużo występuje meloracytacji, której nikt na stadionie nie rozumie, ale przecież nie o treści tu chodzi. Tak myślałem, z tym światem znałem się do ostatniej soboty, kiedy to pojechałem na mecz Arki w Iłowie. Na początku standard, Andrzeje Piaseczne i inne farbowane indywidua, spadochroniarze wielkiej sceny. I nagle w którymś momencie... Z głośników poleciał soczysty punk. O chłopakach anarchistach, którzy spalą to miasto. Uszy otwierałem szeroko ze zdziwienia. Żona siedząca w samochodzie pod stadionem wysłała natychmiast sms „Co oni tu grają, kosmos!!!”, bowiem w kwestii rankingu muzyki przedmeczowej uczyniłem z niej swojego konsultanta. Dźwięki, typ muzyki, wokal, totalnie mnie powaliły, bo to było zjawiskowe, niespotykane. Pomyślałem: no no, co wymyślą dalej. Jakiż geniusz tę przedmeczową płytę spreparował? Niestety, po tym jednym błysku, wróciło to, co było wcześniej. Ech, pomarzyć, trafić kiedyś na taki mecz, po którym będzie można powiedzieć, że przed pierwszym gwizdkiem grali świetne rzeczy, a po gwizdku jeszcze lepsze... Żeby poleciały Siekiery, Defekty Mózgu, Dezertery, żeby łoskotały stare Kulty, Bielizny, żeby... a może trzeba zrobić mały sabotaż, nagrać taką płytę, wedrzeć się do odpowiednich pomieszczeń i zapuścić taki zestaw? Tak, to byłoby coś. Na koniec: Czy tu się głowy ścina, czy zjedli tu Murzyna...
Marek Grzelka |
| Zmieniony: czwartek, 27 maja 2010 13:40 |





Mecze wyjazdowe można pamiętać posiłkując się rozmaitymi kryteriami. Pamiętny wynik, jak podczas wyjazdu Arki do Walki Makoszowy, warunki atmosferyczne – również Zabrze i np.: Krosno Odrzańskie, gdzie lało niemiłosiernie. Sytuacje ekstremalne, jak sędzia czekający by gwizdnąć początek meczu w Słubicach, zwlekał, bo obok stadionu jest cmentarz i akurat chowano jakąś osobistość, uroczyście było, trębacze, te sprawy. Albo panna młoda rozpoczynająca mecz Arki we Wrocławiu z Polarem. Albo ci w potrzebie na dworcach, których tak suszy, że jedyną mokrą częścią ciała jest błyszczące oko, (jak mawiał mój dziadek, nawet pod językiem mają sucho) namierzający ofiarę, tfu darczyńcę.