|
No i nie ma. Zniknęły. Budki przed kościołem dołączyły do grona tych miejsc uciech podniebienia, które odeszły do historii.
Próbuję odpowiedzieć sobie na pytanie, kiedy właściwie budki się pojawiły. Z pewnością była to pierwsza połowa lat 90, nawet ich początek.
Nie boję się użyć określenia „miejsce kultowe”. Zapewne połowa nowosolan w budkach coś jadła, w kategorii „młodzież” miałaby obsadę rzędu 80% albo i lepiej. Fascynowały nowością, wiało od nich lepszym, zachodnim światem. Za polskie złote można było zakosztować, jak smakuje Ameryka z jej burgerami, hot dogami. My, wtedy nastolatkowie, dotychczas byliśmy gastronomicznie doświadczeni jedynie w przybytkach typu Bar Centrum, Murzynek, Nowosolanka, Kameralna. Ale tam mogliśmy znaleźć jedynie inne wersje tego, co mieliśmy w domach, wariacje na temat pierogów, kotletów czy deserów spod znaku kisielu, budyniu i rurek z kremem. Żadne szaleństwo, żadna egzotyka, ot, tyle dobrego, że nikt nie kazał nam po sobie zmywać, zresztą, kto w tym wieku z własnej woli chodził na obiad do restauracji, skoro człowiek najadał się w domu.
Budki szybko stały się sensacją. Oblegane od otwarcia do zamknięcia. Proponowały rzeczy zjawiskowe, pachnące, smaczne, uwodzące postsocjalistyczny wypust młodzieży. Były Ameryką za rogiem, ciepłym kawałkiem lepszego świata, materializującą się tęsknotą za obrazkami z teledysków MTV, z filmów sensacyjnych. Scenariusz był podobny. Jakiś grosz, zbiórka pod blokiem, kierunek budki. Wystać swoje, podejść do okienka, użyć tego czy innego amerykańskiego wyrazu z niepewnością, z lekkim strachem, żeby nie spalić, nie przekręcić nazwy, nie wyjść na barana nieobytego z współczesnymi trendami w kulturze masowej. A potem bujać się w miasto, jedząc rozkoszować się tym, że oto ja, człowiek z hamburgerem, nie należę tak bardzo do tego szarego miejsca, gdzie padają fabryki a ludzie tracą pracę. Powolne szusy, kęs za kęsem, wzgardliwe spojrzenie rzucane w witrynę Warszawianki, bo przechodziła już do historii. Potem dyskretny, niezbyt odważny rzut oka na winkiel, kto tam dziś stoi. Zaraz śmiech nad prehistorycznymi manekinami ubranymi w ciuchy z papy w witrynie Merkurego. Byliśmy ponad tym, należeliśmy w swoim mniemaniu do nowego, lepszego pokolenia, które będzie za chwilę żyło w lepszym świecie. Rozterki były w piątek, my dzieci postu, jeszcze nie wiedzieliśmy, czy aby na pewno wypada jeść mięso w piątek, a tym bardziej kupować je pod kościołem. Walczyliśmy z pokusą, wychodziło różnie.
Potem, z czasem, pojawiło się więcej takich przybytków, a w nich Ameryka spowszedniała i nabrała rysów słowiańskiej przaśności. Najtańsze parówki w hot dogach, surówki drugiej świeżości, podejrzanie ciekły keczup, a jeśli chciałeś kupić do domu, płaciłeś za aluminiową folię.
Budki przed kościołem, tak ekstrawaganckie w dizajnie, tak przełomowe w historii nowosolskiej gastronomii, powoli powszedniały, powoli też przestawały pasować do obrazu centrum miasta. Wiadomo było, że z czasem znikną.
I w piątek wieczorem zauważyłem, że znikają. - Szkoda trochę - zagadnął pewien jegomość patrzący na demontaż budek. - Ale z drugiej strony trochę brzydko to wyglądało - dodał.
Zniknęły bezpowrotnie, zassał je czas i zabrał w sferę przyjazną, w przystań ciepłych, nostalgicznych wspomnień, gdzie byty odzierane są z tego co złe na rzecz samych plusów. Choć smaki w pamięci przechować jest trudno, to mijając to miejsce z pewnością przez jakiś czas jeszcze będziemy wspominać, co tu się jadało i ślina będzie nam napływać do ust.
Marek Grzelka
|