Reklama

Biuletyn Informacji Publicznej

logo_bip

Bicie orła PDF Drukuj Email
Wpisany przez ark   
piątek, 13 sierpnia 2010 13:27
M. GrzelkaTydzień temu pisałem o szwedzkim meczu „niewiadomokogo” z „niewiadomokim”, że ładnie, że profesjonalnie choć amatorsko, bo po naszemu A-klasowo. Raptem trzy dni po tym meczu dostałem jeszcze raz mocno w czoło z prostego podbicia tym, co zobaczyłem i usłyszałem.

Jakoś tak wyszło, że zawędrowałem do osady ludzkiej, która zwie się Skogaby. Taka w sumie większa wieś, jakieś 30, może 40 domów. W Szwecji generalnie jest cicho, we wsi jeszcze bardziej, psy nawet nie szczekają, bo generalnie są drogie i mało kto je hoduje, a już na pewno nie przypina łańcuchem do stodoły, żeby cały dzień wyły. W tej ciszy słyszeć dało się psyk zraszaczy. Za odgłosem doszedłem na boisko. A tam dwa boiska, drewniana, zadaszona trybuna na jakieś 50 osób, elektroniczny zegar, stylowe zaplecze. Trafiłem jegomościa, który tam krążył i pogadaliśmy.

Skogaby BK to klub grający w ichniej 6. Dywizji, czyli na ósmym szczeblu rozgrywek, czyli nasza klasa B. Grają w nim piłkarze i piłkarki (są dwa zespoły) z tej wsi i z okolicznych. Jak klub działa? Działa z dobrowolnych datków mieszkańców. Ludzie ze wsi zrzucają się po prostu, żeby móc mieć swój zespół. Do tego razem budują trybunę, utrzymują budynek, dbają o boiska, kupują stroje, zawsze ktoś podejdzie włączyć zraszacz, ktoś otworzyć szatnie. Podczas meczów mają swój bufet z napojami, hot dogami, słodyczami, wieś się zbiera, wieś ogląda mecz i gra gitara. Bo mieć swój zespół piłkarski jest fajnie.

Wiem, przepaść ekonomiczna między Polską a Szwecją jest bezmierna. Ale nie tylko chodzi o kasę. U nas często niestety jest tak, że B-klasowe boiska są dla kibiców fajne o tyle, o ile można z nich coś podebrać, np.: deski z ławek, czasem można wpaść coś połamać jak nuda we wsi albo po niedzielnym rosole i setce pójść poszarpać obcych za szmaty, piłkarzy, sędziów, nieważne. A najlepiej jakby pozwolili wyprowadzić krowę, bo się tyle trawy na głupoty marnuje. Niewiele jest klubów, którymi cieszy się cała, nawet mała społeczność, gdzie każdy chce jakoś  pomóc, na ile może.

Różnią nas geografia i standardy. Zderzenie, choćby tych realiów futbolowych,boli. Boli jeszcze bardziej, kiedy widzi się rodaków na promie rozbijających obóz pod schodami na ręcznikach, kocach i walizach, z flaszkami, browarami, chińskimi zupami, leżących pokotem z brudnymi girami, żłopiących gołdę przez 7 godzin rejsu, charczących gardłowo rozmaitymi epitetami. Jadą chłopaki zbierać jagody, kultura taka to zbieractwo, długo przed myślistwem, pasterstwem, rolnictwem. Albo jak się widzi po pierwszych krokach w ojczyźnie rozmaitych sprzedawców, którzy pracują jakby za karę i w ogóle człowieku, czego chcesz ode mnie. O kierowcach nie wspomnę, jak i o wielu, wielu różnicach, które po prostu trochę patriotycznie bolą. Sami lejemy naszego orła w łeb aż pióra lecą.

Marek Grzelka

Zmieniony: piątek, 30 września 2011 20:18