|
Wpisany przez masa
|
|
sobota, 03 kwietnia 2010 09:16 |
|
Miał być zawodowy turniej, wyszła jakaś amatorska potyczka, w której zawodnicy z mistrzowskimi tytułami zmiatali rywali z ringu a przegrywali. Tomasz Makowski wrócił z Tajlandii. Zniesmaczony.
Tomek wrócił do Polski w poniedziałek rano. W Tajlandii miał wziąć udział w zawodowym turnieju muay thai. - Jedno wielkie nieporozumienie. Na ringu chłopaki w ochraniaczach, koszulkach, jakby jakieś teakwondoo a nie muay thai. I tak właśnie później się okazało. Walczyłem z Rosjaninem. Podcięcia, klincz, łamanie, rzucanie, myślałem że spokojnie wygrywam. Okazało się, że za ciosy nie dostawałem punktów, że punktowane są ciosy markowane, trafione, ledwo zaznaczone muśnięcia. Farsa – opowiada Tomasz Makowski. W turnieju nie wygrał żaden zawodowiec. - Francuz w swojej walce po prostu zlał Taja, nie dostał punktów. Przegrał. Zawodowcy zajmowali drugie, trzecie miejsca, bałagan nie do opisania – wspomina Tomek. Przed Tomkiem mistrzowska walka, którą stoczy 14 maja. To ona jest celem przygotowań. - Tajlandia po turnieju ci nie zbrzydła? - pytamy T. Makowskiego. - Nie, będę nawet tam jeździł częściej. Dostałem zaproszenia by powalczyć na jednej z głównych aren muay thai na stadionie Lompini – mówi Tomek. Może być pewien, że na Lompini czekają go walki w typowym muay thai.
Marek Grzelka
|
|
Zmieniony: sobota, 03 kwietnia 2010 10:22 |