Reklama..

Get Adobe Flash player

Reklama

Reklama...

Reklama.....

Reklama.

Najbliższe wydarzenie


Nie ma żadnych wydarzeń.
nextEvent by JoomlaLoft

Wyślij zdjęcie z wydarzenia

Reklama....

Parafianie oczami księży, refleksje po kolędzie PDF Drukuj Email
Wpisany przez ark   
niedziela, 06 lutego 2011 16:57
Wtorkowa kolęda w jednym z domów przy ul. Wandy (25 stycznia). O. Grzegorz Marszałkowskizaczyna od poświęcenia mieszkania Gdy słyszymy z ambony, że przychodzi do nas ksiądz po kolędzie, serce mocniej bije. Chcemy wypaść jak najlepiej. Biegniemy prosto z pracy, żeby zdążyć przyjąć gościa. Takiej wizyty się przecież nie przekłada.  Przygotowujemy pokój, rozkładamy na stole biały obrus, do lichtarzy wkładamy nowe świece. Czekamy w napięciu.
Kolęda we wszystkich parafiach już się skończyła. Sprawdziliśmy, co mówią o niej sami księża. -  Kolęda to typowo polska tradycja. Do wizyt duszpasterskich jesteśmy też zobowiązani kodeksem prawa kanonicznego. Odwiedzamy naszych parafian, żeby się lepiej poznać – tłumaczy ks. Zygmunt Mokrzycki, proboszcz parafii pw. św. Hieronima w Bytomiu Odrzańskim. Wyjaśnia, że dobry proboszcz powinien uczestniczyć w troskach, niepokojach i smutkach swoich parafian. A jeśli postępują niewłaściwie, sprowadzać na właściwą drogę.

Kilkuminutowy teatr, niestety...

To, jakie ktoś ma podejście do wiary, duchowni zauważają zwykle już po przekroczeniu progu domu. - Odwiedziłem wiele pięknych i zadbanych mieszkań. Nowocześnie i praktycznie urządzonych. W niektórych w centralnych punktach wisiał symbol naszej wiary. Często jednak nie widziałem krzyża ani żadnego „świętego” obrazu. Zdarzały się za to ładnie wymalowane kobiece akty – opowiada o. Grzegorz Marszałkowski, proboszcz parafii pw. św Antoniego w Nowej Soli. Przyznaje, że poznał wielu ludzi żyjących w konkubinatach. - Mogę tylko zachęcać do wzięcia ślubu, tłumaczę, zapraszam do kancelarii. Nikogo nie mogę zmuszać. Często odpowiadają, że się namyślają, zastanawiają i mają zamiar. Ale jak żyją tak od 10 lat, to przecież mieli na to wystarczająco dużo czasu – mówi o. Grzegorz. Według niego ludzie nie czują potrzeby, bo nie mają wrażliwości duchowej. Opowiada, że po niektórych domach widać, że to miejsca mocno imprezowe. Nawet tuż przed kolędą wychodzą goście, by po chwili wrócić. Dla o. Grzegorza to pierwsza kolęda w Nowej Soli. Proboszczem jest od pół roku. Wcześniej służył na parafiach w Wołczynie, Wałczu i Kielcach. - Nowosolanie mają podobne problemy jak mieszkańcy innych regionów kraju. Choć są różnice. Poznałem pobożnych i przywiązanych do tradycji parafian, którzy przybyli ze wschodu. Miałem też kontakt z rodzinami obojętnymi na kościół – mówi o. Grzegorz. Zamyśla się na moment i dodaje, że to, co dzieje się w domach, najbardziej widać po dzieciach. - Patrzę w ich oczy i widzę smutek, stres i strach. Intuicja mi mówi, że coś jest nie tak. Ale jak zapytam, czy dzieci są bite albo czy poświęca się im czas to usłyszę, że nikt ich nie bije, a czasu poświęca się mnóstwo. Dorośli liczą na to, że szybko sobie pójdę. Dla wielu nasza wizyta to taki kilkuminutowy teatr. Niestety – stwierdza smutno o. Grzegorz.

Rozmowy o życiu

- Mam stały kontakt z parafianami. Do tych samych domów wracam zwykle co sześć lat - mówi ks. J. KocołDla wszystkich księży kolęda to jeden z najbardziej intensywnych okresów w roku. Zaczynają zaraz po świętach z przerwą na Sylwester i Nowy Rok. - Wtedy ludzie szykują się na zabawy a następnego dnia odsypiają – wyjaśnia ks. Józef Kocoł, proboszcz najliczniejszej w mieście parafii pw. św. Józefa Rzemieślnika.
Duchowni spotykają się ze swoimi parafianami, żeby się razem pomodlić i porozmawiać o tym co cieszy i co boli. - Rozmawia się dużo o mieście, jak się zmienia. Mówią wiele dobrych słów. A i mnie czasami pochwalą – śmieje się ks. J. Kocoł. – Słyszę też o dzieciach i młodzieży, że jedna w sporcie dobra, inna na języki chodzi, a to znów w orkiestrze któryś gra albo w szkole wybitny. Taki jestem wtedy dumny. Dla mnie moi parafianie to jak najbliższa rodzina. Ks. Józef przyznaje, że większość osób zna. Nie da się go oszukać, że chodzi się do kościoła. Kojarzy twarze parafian uczestniczących w mszach. - Wiem nawet, kto w którym miejscu siada – oznajmia ks. Józef.- Ja przede wszystkim bardzo lubię swoich parafian – uśmiecha się ks. J. Kocoł. Do parafii św. Józefa Rzemieślnika należy 15 tys. 800 ludzi, to około 5 tys. mieszkań. Księża odwiedzają zwykle 3,5 tys. rodzin. Wiele mieszkań stoi pustych, bo nowosolanie opuścili je wyjeżdżając za granicę. Niektórzy pracują poza miastem i wracają do domów późnym wieczorem.
Na problem emigracji szczególnie młodych nowosolan, zwraca uwagę wielu kapłanów. - Rodziny takich osób narzekają na rozłąkę z nimi. To widać. Rodziców szczególnie boli to, że dzieci nie chcą wracać do ojczyzny, bo nie widzą tu perspektyw na lepszą przyszłość – mówi ks. Marek Sulikowski, wikary parafii pw. św Michała Archanioła w Nowej Soli.

Czas wytężonej pracy

W parafii św. Antoniego kolęda zaczyna się 3 stycznia i trwa nieprzerwanie przez 25 dni. - Dla nas to wyjątkowy, choć trudny czas. Wizyty w domach naszych parafian bywają wyczerpujące. Nie wszyscy się na nas otwierają. Często ludzie ograniczają się do odpowiedzi na pytania. Czasami zapada chwila ciężkiej ciszy. Staramy się docierać do ludzi, ale jeśli ktoś jest zablokowany na Boga, na Kościół, to się to nie udaje – stwierdza o. G. Marszałkowski. Jego parafia liczy ponad 13 tys. osób, to około 4 tys. domów i mieszkań. Z wizytą duszpasterską chodziło sześciu ojców. Nie wszystkie drzwi były dla nich otwarte.
Z kolei w 11-tysięcznej parafii pw. św Michała Archanioła księdza po kolędzie przyjęło w tym roku 80 procent parafian: - Jeżeli mamy do odwiedzenia np. 40. rodzin w ciągu jednego dnia, to ciężko rozważać sprawy dotyczące np. narodzenia Chrystusa. Generalnie jest to wspólna modlitwa za rodzinę, pobłogosławienie domu i rozpoznanie sytuacji, w jakiej znajduje się rodzinie – mówi ks. M. Sulikowski.
Dla ks.Z. Mokrzyckiego kolęda to okazja do lepszego poznania parafianKolęda jest także okazją dla nowych księży do zapoznania się ze swoimi parafianami. Tak jest w przypadku ks. Z. Mokrzyckiego, proboszcza 4,5 tysięcznej parafii św. Hieronima w Bytomiu Odrzańskim, który pełni tam posługę kapłańską drugi rok. - Dopiero wchodzę w nową parafię, a spotkanie duszpasterskie pozwala mi na lepsze zapoznanie się z życiem parafian, ich problemami, radościami – mówi ks. Z. Mokrzycki.

Grzech zaniedbania

O. Grzegorz przyznaje, że ma trudną parafię. - Tak naprawdę do kościoła na niedzielną mszę przychodzi zaledwie 30 procent mieszkańców. Nieliczni spośród odwiedzonych przeze mnie wiedzieli, że jestem proboszczem. Mam też wątpliwości, czy wszyscy znają modlitwy – oświadcza o. Grzegorz.  Zauważył, że dzisiaj dzieci siedzą przed telewizorem lub komputerem. Nie rozmawia się z nimi, nie poświęca im czasu. - Kiedy ja w dzieciństwie miałem karę, to oznaczało szlaban na wyjście z domu, dziś to szlaban na komputer. Doprowadza to do sytuacji, w których ludzie nie potrafią rozmawiać sami ze sobą, a co dopiero z odwiedzającym ich duchownym – mówi o. Grzegorz.
Ks. Józef uważa, że ma dobrych parafian i młodzież też poukładaną. - Są też trudne rodziny, tak jak wszędzie zdarzają się patologiczne. Te jednak zazwyczaj stronią od kościoła i nie przyjmują księdza. Znam ich, ale trudno dotrzeć do kogoś, kto tego absolutnie nie chce – kwituje ks. Józef. W trakcie kolędy przyjmuje zasadę, że jest gościem w domu swoich parafian. A gość musi zachowywać się kulturalnie. Co nie znaczy, że nie zwraca uwagi na niewłaściwe zachowania. - Zwracam uwagę, rozmawiam, ale staram się nie odstraszyć, nie zablokować na kościół a przyciągnąć – wyjaśnia ks. Józef.
O. Grzegorz podkreśla, że dla niego i pozostałych ojców kapucynów wizyty duszpasterskie to przede wszystkim ewangelizacja. Ojcowie skupiają się na duchowym życiu swoich parafian. Pytają o obecność na mszach, spowiedź, codzienną modlitwę, znajomość pisma świętego. Ich zdaniem wiara dla katolika to fundament, na którym powinien budować swoje życie. Dodaje, że dziś babcia mówi do wnuczka przed egzaminem trzymam za ciebie kciuki. - A gdzie pomodlę się za ciebie – zastanawia się o. Grzegorz. Uważa, że dla większości nowosolan wspólna modlitwa to za wysoka poprzeczka.
- Jeśli nie chodzą do kościoła ani się nie modlą i Bóg nie ma dla nich znaczenia, to po co chrzczą swoje dzieci. Dlatego naszą misją jest uświadamiać, że wiara powinna być priorytetem w życiu – oznajmia o. Grzegorz. - Największy grzech naszych czasów, grzech moich parafian, to grzech zaniedbania – stwierdza o. Grzegorz.
Ks. M. Sulikowski potwierdza słowa o. Grzegorza. - To, że wielu wiernych nie chodzi do kościoła widzimy podczas niedzielnej mszy świętej. Dlatego wspólnie próbowaliśmy znaleźć odpowiedź dlaczego tak się dzieje. Kiedyś było modne takie stwierdzenie że „jestem wierzący ale niepraktykujący”. Uważam, że jest ono błędne, ponieważ jeżeli ktoś powie że kocha, np. żonę, a nie okazuje tej miłości, to pojawia się pytanie, czy naprawdę kocha lub jak kocha. Jeżeli wierzę, to praktykuję. To proste – uważa ks. M. Sulikowski.

Problemy ludzi starszych

- Najważniejsza jest modlitwa z rodziną - mówi ks. M. SulikowskiNajwięcej czasu księża poświęcają zwykle osobom starszym i samotnym. - Ci parafianie potrzebują, żeby poświęcić im więcej uwagi – mówi ks. Józef.
Podobnie jest w parafii pw. św Michała Archanioła, która uchodzi za jedną ze starszych wiekowo.  - W naszej parafii mieszka dużo ludzi w średnim i starszym wieku. Często parafianie opowiadają o tym, że mają problemy ze znalezieniem pracy lub np. że zostali pozbawieni renty. To zresztą widać po tym, jak sporej liczbie rodzin pomagamy za pośrednictwem Caritasu. Z takimi rodzinami staramy się rozmawiać o perspektywach na kolejne miesiące – mówi ks. M. Sulikowski.
Ks. J. Kocoł przyznaje, że w rodzinach, w których są dzieci, po wspólnej modlitwie ogląda zeszyty do religii. Często zadaje pytanie z katechizmu. Wie, że jego przepytywanie wzbudza popłoch wśród młodych. - Staram się zadawać łatwe pytania. Najwięcej stresu wzbudzam jednak w domach, gdzie dorośli żyją bez ślubu. Na nikogo nie krzyczę. Czasami się dziwię, bo mam przed sobą taką kochającą się parę i ich szczęśliwe dzieci, a ślubu nie ma. Staram się zachęcać do przyjęcia sakramentu, tłumaczę i zapraszam do kancelarii – mówi ks. Józef.
Ks. Marek dodaje, że różnie układa się los ludzi, ale to nie znaczy, że dalej nie mogą żyć z Panem Bogiem. I kościół też to akcentuje przez duszpasterstwo związków niesakramentalnych. - Są też takie pary, które w minionym roku zdecydowały się na zawarcie sakramentalnego małżeństwa. I tym się wspólnie na kolędzie cieszyliśmy – opowiada ks. Marek.

Ksiądz jak skaut piłkarski

Księża najczęściej rozmawiają o problemach, jakie dotykają rodziny. Ludzie żalą się na kłopoty ze znalezieniem dobrej pracy, na rosnące wydatki, przykro im, że ich dzieci w pogoni za chlebem opuszczają rodzinne domy. - Zauważyłem, że młodzież po wyjechaniu na studia nie wraca do Nowej Soli. Bardzo mało jest też w domach malutkich dzieci, noworodków. Parafia się starzeje – zauważa ks. Józef. Zadowolony jest jednak, że parafianie go przyjmują. Nikt nie chowa się w łazience, czy piwnicy. Wcześniej są przygotowani do kolędy. Nie ma popłochu, że ksiądz idzie, bieganiny za krzyżem i nalewanie wody z kranu.  Zdaniem ks. Józefa to dzięki wieloletnim tłumaczeniom, że jeśli ma być woda z kranu to lepiej się przyznać. Ksiądz ma bowiem zawsze kropidło ze święconą. Ks. Józef zauważa, że najszczersze zawsze są dzieci. - Kiedyś pytam trzyletniego chłopca, czy chodzi z rodzicami do kościoła. Odpowiedział, że z mamusią, bo tata to nie chodzi – wspomina ks. Józef. Dodaje, że zwykle po takiej wpadce kolęda przebiega w bardzo wesołej atmosferze. Rozbrojeni szczerością malucha rodzice otwierają się na księdza i swobodniej rozmawiają.
Ks. M. Sulikowski zauważa, że kolęda jest również po to, żeby się ukierunkować na oczekiwania naszych parafian. Jakie? - Na pewno jednym z takich oczekiwań – moim zdaniem – jest to, aby księża byli życzliwi. To jest fundamentem każdej więzi, a szczególnie tej, która powinna łączyć duszpasterza z parafianami i na odwrót. Na kolędzie spotykałem się także z tym, że wielu ludzi dziękowało za pracę jaką wkładamy w funkcjonowanie naszej parafii. I to jest miłe. Jest też okazja, aby kapłani podziękowali za pomoc w działaniu parafii – oznajmia ks. Marek, który kolędę wykorzystuje także do tego, żeby wzmocnić parafialny zespół piłkarski. - Zapraszam chłopaków do gry w piłkę w Parafialnym Klubie Sportowym. Mogę pochwalić się tym, że nie jesteśmy ostatni, zajmujemy piątą lokatę w amatorskiej lidze KIKS  – opowiada ks. Marek.

Schował się przed księdzem w piwnicy

Niektórzy jednak rezygnują z przyjęcia księdza. Zamykają drzwi i udają, że ich nie ma w domu. Czasami zaprasza duchownego tylko kobieta podczas, gdy jej mąż ukrywa się w łazience lub piwnicy. - To się da wyczuć, atmosfera jest nerwowa i nienaturalna – przyznają zgodnie księża.
Ukrytego domownika przeżył w tym roku ks. Zbigniew Tartak z Kolska. Opowiada, że konkubent przed kolędą zamknął się w piwnicy. Drzwi otwierały się tylko z zewnątrz. Mężczyzna myślał, że kolęda dobiegła końca, bo zaczął dobijać się do drzwi. Chciał, żeby kobieta go z powrotem wypuściła. Ona skrępowana nie wiedziała, co zrobić. Tłumaczyła, że to sąsiad tłucze się na dole. - Księża wiedzą, gdy ktoś się chowa na przykład w łazience – opowiada ze śmiechem ks. Z. Tartak. Dla księdza Zyszka takie zdarzenia to tylko sporadyczne epizody. Kolęda to dla niego przede wszystkim spotkanie ze swoimi parafianami w Kolsku i tymi żyjącymi w 14 sąsiednich wioskach.  - Nie przyjęło mnie 20 rodzin. To znikomy procent – stwierdza ks. Zbyszek. Zaznacza, że podczas kolędy odwiedza rodziny, które nie przychodzą do kościoła. - Nie nakłaniam ich do tego, bo problem jest głębszy. Należy im tłumaczyć, że Pan Jezus ich kocha i czeka na nich. Jeśli się na ludzi huknie, mogą się zniechęcić, zamkną drzwi swojego domu w przyszłym roku i już nie będzie możliwości spotkania – mówi ks. Z. Tartak.
Monika Owczarek
Mariusz Pojnar
(and)
 

Reklama

logo_bip

Rzetelna Firma