|
Lipiec 55’. Słońce praży. Popołudnie. W ustach sucho. Więc jak tu nie pić, kiedy pić się chce. Sęk, że kasy brak. Ale matka wszystkich świata wynalazków na imię ma Potrzeba. Więc i Gienek sposób znalazł, jak obejść chwilowy niedobór gotówki. Niestety, sposób był to spoza ścieżki prawa...
Traktorzysta bez szkoły. W wojsku nie służył. Kawaler, dotąd niekarany. Urodzony w lecie roku 1938. W naszych niejasnych okolicach ziem z odzysku pojawia się z nie do końca rodzonymi rodzicami w 1953 roku, zamieszkują na zdobycznym, poniemieckim gospodarstwie w jednej z podnowosolskich wsi. Gienio gospodarzy u ojca, a w roku 1954 nasz dziarski wtedy szesnastolatek wyrusza na czteromiesięczny podbój świata - kurs nauki jazdy traktorem. Kiedy wraca, najmuje się w P.O.M. Kisielin jako traktorzysta. Pracuje pół roku, od kwietnia do października, potem się zwalnia, w zimie siedzi w domu na zapiecku i patrzy na świat przez okienko małej izdebki, to na pląsy jesiennych liści, to na pląsy płatków śniegu...
Na wiosnę 17-letni Gienek 1955 klepie się jednak po męsku po udach, wstaje i idzie do pracy, do P.O.M. Stare Żabno. Oczywiście, zgodnie z wykształceniem pracuje jako traktorzysta. Ale w milicyjnej charakterystyce, opartej na pracy operacyjnej oraz na zwykłym podkablowaniu wyczytamy zdania różne, jedno czytelne, drugie jakby kodowane zaskakującą składnią i logiką: „Z obowiązków nie wywiązywał się należycie, zaniedbywał się w pracy, często do pracy nie przychodził i się nie usprawiedliwiał. Do kierownictwa odnosił się arogancko. Uprawiał różne kłótnie, opinią nie cieszył się dobrą u współpracowników. Karany nie był, ale pracownicy wnosili zastrzeżenia o drobne kradzieże kluczy i innych części do maszyn rolniczych. Jak wynika to wymieniony był podejrzewanym o kradzieże, dlatego że do pracy codziennie przyjeżdżał rowerem i mógł zabierać narzędzia innym traktorzystom. Moralnie prowadził się zadowalająco, pijaństwa i awantur nie uprawiał. Do obecnej rzeczywistości, ZSRR i przemian w Polsce ustosunkowany obojętnie, wrogiej działalności nie wykazywał, ale w pracach społecznych udziału nie brał”. Kto wyjaśnić potrafi tu zawiłość powiązania faktu, że jeździł rowerem, z grabieżą kluczy?
Niby zatem zwykły ówczesny pracownik, Niby żadnej różnicy między nim a jemu podobnym szeregowym POMowcom. Ale jak mawiają starzy, mądrzy Hindusi, różnicy to nie ma tylko wtedy, kiedy ślepy jest zezowaty...
Kiedy przychodzi lipcowe popołudnie, parne i gorące, parne jak marzenie praczki o chłodzie Alaski, gorące jak tęsknota zamarzniętego pod Leningradem niemieckiego kaprala za kieliszkiem smacznej, ciepłej wódki, to ta tęsknota rozum odbiera. Wszak Gienio z pola wrócił, wszak pod dachem kierowanego przezeń po polu „Biełorusa” gorąc sfilcował wewnętrzną farbę w rachityczny, suchy rulon, spękany jak farba na freskach z Kaplicy Sykstyńskiej. Tego dnia taka za płynem przecież tęsknota wśród żywych organizmów, że nie tylko wielbłąd chciałby się napić. Ba, nawet ryba wzięłaby łyka z rzeki czy z jeziora, ryba morska to raczej może nie, bo słona woda rozum odbiera jak lędźwia kochanki, ale hauścik w sumie to i flądra, i szprota zassałaby, bo taki gorąc był. A tym bardziej Gienio, który wszakże zwyczajowo nie pił, ale zmordowanym tego dnia był jak kurtyzana z Hanoi po desancie amerykańskich żołnierzy. Słowem - bez metaforyki i porównań – musiał się napić. Jeśli ówcześnie modny fason spodni miał kieszenie, zapewne Eugeniusz je przeszukał z cierpliwością godną filatelisty lub mistrza szachowego. Nie znalazł nic, ni wartej niczego blaszki potocznie zwanej monetą. A zatem – pewnie pomyślał – trzeba z bogactw sezamu P.O.M. wziąć coś na sprzedaż. Rozglądnął się, a kiedy nabrał pewności, że świadków brak, wziął lśniącą jak szklaneczka wódeczki kosę i przez płot skoczył. Myślał zapewne tak: lipiec, więc kosa, znajdę jakiego parobka i mu łup sprzedam, a ze zdobytych środków wargi stęsknione płynu zroszę. Ale kiedy skok przez płot wykonywał, usłyszał – gońcie go łobuza!
Oto Eugeniusz biegnie, w skwarze lipcowym, a pobudzeni akcją pracownicy P.O.M. gonią go. Biegł jak śmierć Gienek ze skradzioną kosą, po polach, wykrotach i melioracyjnych rowach, sapał, pocił się, ale biegł. Pościg zdyszany był tak, że do gienkowych pleców wpierw nie sięgał, ale z czasem wydech goniących koszulę do mokrych pleców uciekiniera przyklejał. Po trzech kilometrach nasz uciekinier siadł na trawie. Zasapał się jak gruby sułtan na orgii, stracił dech, rezon i wiarę w powodzenie. Poddał się. Charty z P. O.M.-u dopadli go i na dyżurkę milicyjną zaprowadzili. Miało być picie, a zapowiadało się w celi gnicie.
No i już dzień po wybryku prokurator pismo wysmażył. Że nasz Gienek państwo polskie okradł na kwotę 138 zł. A we wrześniu zapadł wyrok, że nasz bohater za ten czyn ma trafić na dwa miesiące do puszki. Zaczął odbywać karę w lutym, wyszedł na kwiecień 1956 już roku. Siedział w areszcie w Nowej Soli. I kiedy wyszedł, gdzie poszedł, nie wiadomo.
Marek Grzelka
|