|
Choćby z kina znamy „Przypadkowego bohatera” czy „Przypadkowego męża”, a z literatury „Przypadkowego mężczyznę” P. Bessona. Jednak w październiku roku 1955 w jednym z pism nowosolskiego adwokata skierowanym do Działu Karno – Rewizyjnego Sądu Wojewódzkiego w Zielonej Górze widnieje określenie „przypadkowy przestępca”. Adwokat pisze tak o Wieśku.
Jest noc z 10 na 11 sierpnia 1955. Miasto patroluje jeden milicjant w towarzystwie członka ORMO. Idą ulicą Nowotki, dziś Piłsudskiego. Chwilę po północy na wysokości ulicy Wojska Polskiego słyszą krzyki, gwizdy, w ich stronę biegnie jakiś spłoszony jegomość, ale biegnie zygzakiem, jak żołnierz na polu bitwy, jak narciarz w slalomie. Idą zatem ku niemu. Na wysokości skrętu w ulicę Świerczewskiego, dziś Muzealną, na wysokości kiosku, który dziś stoi koło przystanku, widzą jak ktoś biegnącego i gwiżdżącego obala na glebę. Gdy podchodzą bliżej, szarpanina nie traci na impecie. Edek, lat 25, ma urwany rękaw od marynarki i obitą twarz. Wiesiek, lat 26, napadywuje zaciekle, mimo obecności funkcjonariuszy. Edek wstaje, ucieka, w stronę Nowotki, skąd nadeszli czujni funkcjonariusze, a dalej w ulicę Dzierżyńskiego, dziś znaną jako Witosa. Napastnik, Wiesiek, wpierw ściga Edka, szybko jednak sił gonić dalej nie ma. Zmęczony siada pod Merkurym, gdzie go po prostu stróże prawa łapią.
Tak się bawi, tak się bawi PKS!
Edek i Marian to szwagrowie. W środę 10. sierpnia wieczorem, jak to szwagrowie, poszli po bandzie. Edek wpierw pił wódkę z kolegami, potem spotkał równie nadszarpniętego alkoholem szwagra swego Mariana i zaszli do baru na Armii Czerwonej, czyli do dzisiejszej Polonii. Po co? Ano po to, by jak napisze za wiele lat znawca tematu Jerzy Pilch „wcisnąć pedał wrażeń do dechy”. Jak pomyśleli, tak uczynili. Ale o 23.00 lokale zamykano. Szwagrowie powoli, bo powoli, ale wracali. Tego wieczora również zdecydował się na zabawę tercet Wiesiek, Czesiek i Stachu. Wszyscy pracowali w PKS. Warto zaznaczyć, że w PKS pracował też obity Edek. Wiesiek zaczął zabawę o 17.30. zezna, że o tej to porze rozpracował flaszkę i wino z kolegą i jego żoną w domu tejże pary. Posiedzieli, pogadali o starych Polakach, ale Wiesiek musiał się zbierać, bowiem szedł na 22.00 do pracy na nockę. Ale pech chciał, że spotkał kompanów i we trzech postanowili, że zajdą do „Polonii”. Zapewne planowali wpaść na małą wódeczkę, skończyło się jednak z przytupem, wzięli na trzech flaszkę gorzały i flaszkę wina. I ma się rozumieć, po piwku. Zatem musieli widzieć w Polonii szwagrów, ale nic się nie działo. Wiesiek stwierdził, że praca nie zając, nie ucieknie, zresztą i tak był już spóźniony. Kiedy lokal przy Armii Krajowej o 23.00 zamknięto, cała nadzieja na dalsze sumienne budowanie alkoholowej fazy spoczęła w barze dworcowym PKP. Tam tercet dossał się do wina, a dodatkowo jedno wzięli na drogę. Wracali w stronę miasta. Było chwilę po północy.
Fightclub na skrzyżowaniu
Tercet wraca z PKP, idą ul. Wojska Polskiego. - Wracając wówczas ze stacji PKP, gdzie biliśmy po wino w bufecie, gdyż gospodę w dniu tym już zamknęli, zauważyliśmy dwóch szarpiących się mężczyzn. Wiesiek, którego ja z Cześkiem prowadziłem, gdyż był silnie zamroczony alkoholem, wyrwał się nam i pobiegł w kierunku tych mężczyzn – zezna Stachu. Czy szwagrowie się szarpali? A Może jeden trzeźwiejszy drugiego próbował podtrzymać przed upadkiem? Nie wiadomo. Wiadomo jednak, co było dalej. - O godzinie 0.10 11. sierpnia prowadziłem z gospody przy ul. Armii Czerwonej do domu szwagra. Nagle z rogu Świerczewskiego i Wojska Polskiego wyskoczyło trzech mężczyzn, których znałem, bo pracujemy razem w PKS. Doskoczyli do mnie, Wiesiek uderzył mnie w lewe ucho, wskutek czego ja upadłem na ziemię, potem złapał mnie za rękaw i przydusił do ziemi. W tym czasie jeden z nich szukał mi w kieszeniach. Za chwilę uderzali mnie wszyscy, w pierś i twarz, a Wiesiek urwał mi rękaw w marynarce. Udało mi się wstać i odskoczyć, biegłem w stronę Wojska Polskiego, gwizdałem i krzyczałem, wtedy zobaczyłem milicjantów. Wiesiek mnie gonił i znów przewrócił, a tamci uciekli. Znów wstałem i uciekłem na Dzierżyńskiego, a wtedy Wieśka już złapali, więc wróciłem do milicjantów. Co do przeszukiwania kieszeni, to może myśleli, że mam pieniądze, bowiem tego dnia widzieli, jak w bazie wypłacałem ludziom diety – zezna poszkodowany. Jednak awantura między cywilami była tylko lichą sprawą, senną uwerturą do wydarzeń kolejnych.
Noc Kaszpirowskiego, Hulka i salamandry
Nocą tą, ciepłą i ciemną, działo się zresztą to i owo. Spali w domach ci, którzy odbudowywali most kolejowy w Stanach nad Odrą i śnili pewnie o końcu swego dzieła. Kiełkował pomysł odbudowy wieży kościoła św. Michała, spalonej w 1945 roku w głowach śpiących księży, odbudowanej w roku następnym. Szykowali się do nauki pierwsi uczniowie Państwowego Liceum Pedagogicznego, które po wakacjach zacząć miało pracę. Dwa latka kończył wrestlingowiec Hulk Hogan i być może marzył już że dostanie w prezencie te niesamowite wąsy. A Anatolij Kaszpirowski kończył lat szesnaście i być może trenował już przed lustrem w miejscowości Chmielnicki swoje „adin, dwa, tri...”. W zoo w holenderskim Artis zdechła najstarsza salamandra japońska, która żyła tam 52 lata, a tej nocy rodziła się Emilie Le Blanc, której rodzina do dziś figuruje w księdze rekordów Guinnessa, jako ta, która szesnaściorgu swoich dzieci dała imię na literę „E”,. I coś też urodziło się w głowie Wieśka. - Ten osobnik, który gonił i którego zatrzymaliśmy celem doprowadzenia do komendy, oświadczył kategorycznie, że z nami nie pójdzie. Położył się na ziemi i krzyczał: możecie mnie chuje zastrzelić, i tak z wami nie pójdę. Zadzwoniliśmy do komendy po posiłki, przyszedł jeden funkcjonariusz i we czterech za nogi i ręce zanieśliśmy go do komendy. Przy czym przez całą drogę krzyczał i nas wyzywał od chujów, palantów, faszystów i blacharzy. Na dyżurce cały czas wyzywał i groził, że się z nami rozprawi, że go popamiętamy, również do kolejnych funkcjonariuszy. Zakuliśmy go w kajdanki i siłą wsadziliśmy do celi. Przez trzy godziny kopał w drzwi i dalej wyzywał – zezna jeden z milicjantów. Rano Wiesiek wstał zdziwiony, gdzie to się obudził. Nie pamiętał nic z poprzedniego wieczora. Pojechał do Wrocławia, nie do zoo, do aresztu. 28. września zapadł wyrok, osiem miesięcy, głównie za akty wobec milicjantów. Jednak w trakcie kary, co już opisałem na początku tej historii, apelował adwokat. Że Wiesiek grzeczny, że niekarany, że nie wiedział co robi, bo pijany. Że to ów „przypadkowy przestępca”. Opinię miał co prawda w środowisku lokalnym średnią, ale 12 lutego 1956 o godzinie 14.00 wyszedł. Sąd anulował mu dwa miesiące odsiadki, dal mu również rok próby.
Marek Grzelka
|