Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Get Adobe Flash player

Wyślij zdjęcie z wydarzenia

Najbliższe wydarzenie


4 dni 14 godz. 34 min.
upłynie do najbliższego wydarzenia:
Chorzy na Odrę w Teatralnej
data 09-02-2012 • 20:00
• Kawiarnia Teatralna
nextEvent by JoomlaLoft

Biuletyn Informacji Publicznej

logo_bip

Tulipan, trzej bracia i złamane żebro PDF Drukuj Email
Wpisany przez ark   
czwartek, 02 września 2010 13:17
Pobity mieszkaniec wsi wylądował w szpitalu ze złamanym żebrem i wstrząśnieniem mózgu, a  jego rodzina ma żal do policji, że ta mimo wezwania nie zjawiła się na tyle szybko, by zapobiec zdarzeniu.
Działo się to w nocy z soboty na niedzielę 21/22 sierpnia. Około 2.00 w nocy pan Janusz, lat niemal 60 (imiona wszystkich bohaterów są fikcyjne) wracał z działki w Kożuchowie do Cisowa. Był na wysokości przychodni zdrowia, gdy obok zatrzymał się samochód, w nim byli sąsiedzi zza płotu. - Już nie żyjesz – rzucił ktoś i auto ruszyło dalej. Pan Janusz groźby się przestraszył i z komórki zadzwonił na policję, dodzwonił się do nowosolskiej komendy. - Policjant powiedział, by tata szedł w stronę domu, a on przekaże informację i ktoś tam podjedzie. Chyba miał na myśli radiowóz? - pyta retorycznie Anna, córka pana Janusza. - Tata szedł do domu, ale policja nie przyjechała. W połowie drogi zobaczył leżącą butelkę, rozbił ją i zrobił tzw. tulipana, na wypadek, gdyby musiał się bronić – opowiada dalej kobieta. Jak się później okazało, tenże tulipan odegrał ważną rolę...

Ważna rola tulipana

Pan Janusz doszedł już niemal do samego Cisowa, gdy z pobliskiego lasku wyskoczyło trzech braci, sąsiadów pana Janusza, w wieku około 20-30 lat. - Jeden z nich krzyknął, że to za przegraną sprawę (o tym za chwilę) i zaczęli ojca okładać kołkami – mówi pani Anna. Zanim na pana Janusza spadły razy i stracił przytomność, zdążył użyć tulipana i jednemu z napastników poharatał rękę. Po jakimś czasie odzyskał przytomność i zadzwonił na policję raz jeszcze, funkcjonariusze zjawili się po kwadransie i wezwali karetkę, ta zabrała poszkodowanego. - Dotarłam do szpitala około 3.00, tata wyglądał strasznie, jednego oka spod opuchlizny nie było kompletnie widać. Miał też złamane żebro – opowiada córka (w wypisie ze szpitala oprócz urazu klatki piersiowej ze złamaniem żebra jest też mowa o wstrząśnieniu mózgu – przyp. red.). - W niedzielę pojechałam na komendę do Nowej Soli, pytając, czy ktoś przyjedzie ojca przesłuchać. Usłyszałam, że na służbie jest tylko dwóch policjantów. Powiedziałam, że mnie to nie interesuje i że powinni przysłać kogoś, kto przesłucha tatę i złapie sprawców. Faktycznie, po mojej interwencji ktoś się zjawił. Prosiłam też o zbadanie miejsca zdarzenia i dopiero wtedy takie badanie wykonano. Zdziwiło mnie, że nie zrobiono tego od razu, przecież sprawcy mogli posprzątać – zauważa pani Anna. Na miejscu technik znalazł owego tulipana. - Widać było też wygniecione miejsce w trawie, w którym się zaczaili. Obok były ślady opon, spytałam technika, dlaczego nie robi zdjęć, odparł, że to i tak byłby tylko dowód poszlakowy – opowiada córka. Ma żal do policji, że nikt nie zjawił się w drodze ojca do domu. - Gdyby przyjechali, to nie doszłoby do pobicia – zaznacza. Ma też zastrzeżenia do postępowania już po zdarzeniu. - Proponowałam, by zabezpieczyć sweter ojca, na którym są ślady krwi. Usłyszałam, że jak będzie potrzebny, to nam dadzą znać – mówi.

Pięścią w twarz i po zębach

A teraz wróćmy do starej sprawy, za którą pan Janusz miał jakoby zostać pobity. Ponad rok temu doszło do scysji między sąsiadami i jeden z braci dwa razy uderzył pana Janusza pięścią w twarz, wybijając mu zęby. Prokuratura sprawę umorzyła, bo jej zdaniem poszkodowany był niewiarygodny w zeznaniach. Zażalenie na tę decyzję zostało przez sąd odrzucone, pan Janusz założył więc sprawę z oskarżenia prywatnego i ją wygrał. Krewki sąsiad dostał 4 miesiące w zawieszeniu na 3 lata, musi też zwrócić 1,8 tys. zł panu Januszowi za koszty procesowe, jak też zapłacić 120 zł kosztów sądowych. - Tato chce jeszcze założyć sprawę o odszkodowanie za tamto pobicie sprzed roku, ale boimy się, że znowu go z zemsty pobiją i w końcu zabiją – mówi córka. - Po wyjściu ze szpitala ma dojść do konfrontacji. Ale tato znów nie ma świadków pobicia i pewnie znowu bracia się wszystkiego wyprą. A teraz chodzą po wsi i się chwalą, że tatę pobili – dodaje pani Anna.

Synowie byli w domu

W domu sąsiadów żadnego ze wspomnianych braci nie zastałem, była tylko ich matka i kolejny brat. Kobieta najpierw stwierdziła, że nikt z wymienionych przeze mnie z imienia tu nie mieszka. Po chwili zmieniła jednak zdanie i zaprosiła do środka, by porozmawiać. - Moi synowie kogoś pobili? Nic takiego nie miało miejsca – zapewniła. Jej zdaniem to sąsiad często podaje ich do sądu o „różne sprawy”. Według niej dwaj bracia byli w feralnym czasie w domu, a trzeci właśnie wracał do siebie do Kożuchowa, gdy trafił na sąsiada, który to zranił go butelką. - Syn już założył mu za to sprawę – podkreśla matka. - To z nimi (sąsiadami – przyp. red.) policja powinna coś zrobić, bo ciągle nas pomawiają – wtrąca syn. - A sąsiad, jak wypije, to zawsze mu coś nie pasuje. Wiecznie się czepia mnie i całej rodziny – twierdzi kobieta.

Jak Kargul z Pawlakiem

Żeby dotrzeć do genezy tych sąsiedzkich waśni, trzeba sięgnąć aż kilkanaście lat wstecz. - Dopóki pożyczaliśmy sąsiadom różne rzeczy na wieczne nieoddanie, dopóty było dobrze. A potem się zaczęły awantury o wszystko: źle postawiony płot, nawet o to, że kogut za głośno pieje – opowiada pani Anna. - Czyli żyjecie tu, jak Kargul z Pawlakiem? - pytam. - Tak – potwierdza krótko.
Podobnie konflikt między sąsiadami ocenia zastępca komendanta kożuchowskiego komisariatu policji asp. sztab. Leszek Izydorczyk. - Gdyby była dobra wola obu rodzin, mogliby się pogodzić. Ale chyba nie ma na to szans, bo konflikt trwa już od lat, cały czas są scysje, wielokrotnie musieliśmy interweniować. Dzielnicowy próbował łagodzić te sytuacje, ale bezskutecznie, a teraz doszło do eskalacji konfliktu – tłumaczy L. Izydorczyk. Jak mówi, przebieg interwencji podejmowanych ze zgłoszenia obu rodzin analizował wielokrotnie i z reguły tak jest, że każda z rodzin zarzuca policji stronniczość. - A z mojej analizy wynika, że na każde zgłoszenia jest reakcja – zaznacza komendant. Jeśli chodzi o opóźnienie przy ostatnim zgłoszeniu, to jedyny radiowóz z komisariatu był na innej interwencji. - Jeśli jest zgłoszenie, to musimy jechać i jedziemy, gdy tylko zwolni się radiowóz. Jeżeli akurat jest po drugiej stronie gminy, potrzebny jest czas na dojazd – wyjaśnia L. Izydorczyk. Dodaje też, że o tym, jakie ślady z miejsca zdarzenia należy zabezpieczyć, decyduje technik. - On jest fachowcem i nie może być tak, że ktoś mu mówi, co ma robić – zaznacza komendant. Potwierdza też, że policja dostała drugie zgłoszenie, od sąsiada, który został zraniony butelką przez pana Janusza.
Krzysztof Koziołek